Coaching i karty metaforyczne, czyli jak się pracuje z obrazem w Clean Coachingu?

Od kilku lat w Polsce panuje prawdziwa moda na gadżety coachingowe i trenerskie, wśród których pierwsze miejsce zajmują karty z metaforami. Pierwszym powodem jest to, że na rynek z przytupem weszły karty Points of You: pięknie wydane, z całą metodą stosowania ich, a także certyfikacją osób profesjonalnie posługujących się nimi w pracy rozwojowej. Staranne wydanie, dobry marketing, wysoka cena oraz społeczność wokół nich uplasowały ten produkt na półce gadżetów luksusowych. Drugą inspiracją dla tego trendu był fakt, że na polskim rynku gier planszowych od 2014 roku obecna jest karciana gra Dixit, operująca wyłącznie obrazem, bez dodatkowych znaków i podpisów. Kolejne dodatki były coraz ładniej wydawane, a ich stosunkowo niewysoka cena sprawiła, że łatwo można je włączyć do pracy rozwojowej, szukając inspiracji zarówno u może konkurencji, jak i w dostępnych materiałach edukacyjnych. Metafora stała się trendy! Nie trzeba było długo czekać, aż pojawiły się kolejne narzędzia z metaforami. Karty Zwrotnicy, Lumico, Clean Dynamics czy Milowe proponują różne podejście do tematu. Jedne operują rysunkiem, inne zdjęciami. Jedne ilustrują rozpoznawalne sytuacje i odnoszą się do różnych doświadczeń, drugie są na granicy abstrakcji, inspirując do redefiniowania tego, co się widzi. Niektóre zachęcają do zestawiania ich z różnymi hasłami, nazwami emocji czy wartości, pozostałe operują wyłącznie obrazem. Popularność gadżetów w połączeniu z tym, że różne techniki coachingowe aktywnie korzystają z metafor i wizualizacji sprawiły, że posługiwanie się obrazem stało się modne. Przykładowo podczas ostatniej konferencji Coach, Trener, Doradca zawodami XXI wieku na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Łódzkiego ćwiczenia z metaforami pojawiły się na kilku prezentacjach, zaś karty cieszyły się popularnością w warsztatowej części programu. Uważam popularność pracy z metaforą za dobry znak, gdyż jest to nie tylko figura stylistyczna, ale narzędzie, którego nasz mózg używa, żeby się uczyć: poznawać to, co nieznane lub zbyt skomplikowane w kategoriach tego, co jest nam znane i bliskie. Sam z tego względu zainteresowałem się Clean Coachingiem, wykorzystującym metaforę i rozumienie przez analogię – również poprzez rysowanie czy stosowanie gotowych obrazów i zdjęć. Co Clean Coaching wnosi do pracy z kartami metaforycznymi? W Clean Coachingu karty służą jako punkt wyjścia, pomagają znaleźć odpowiednie przedstawienie dla otwierającego pytania, np.: z jakimi emocjami zaczynasz spotkanie? z jakim wyzwaniem się mierzysz? co najlepiej reprezentuje to, co chcesz osiągnąć? Dalszy bieg wydarzeń może być różny: np. cała sesja może być prowadzona w oparciu o kolejne obrazy lub rysowanie, może przejść na inne tory po to, żeby wrócić na zakończenie w celu sprawdzenia, co się zmieniło. W praktyce Clean preferowane są karty, które nie mają napisów, gdyż te mogą działać ograniczająco sprowadzając wieloznaczność obrazu do jednego pojęcia. Co więcej, obrazy pobudzają prawopółkulowe myślenie asocjacyjne i treści lewopółkulowe – używanie słów, liczb, odwołania do wiedzy i pamięci, „zawracają” ten proces. W pierwszym kontakcie zdjęcia mogą być bardziej konkretne i odwołujące do doświadczeń, zaś obrazy pobudzające kreatywność. Gdy praca schodzi na poziom wyłącznie metaforyczny, nie jest to już istotne – umysł dokonuje swobodnych operacji Clean Coaching idzie dalej niż rozmowa o tym, co przedstawia karta i z czym się kojarzy. Pytania należące do techniki Clean Language pomagają uruchomić szersze pole analogii. Dzięki temu można poszukiwać źródeł metaforycznej koncepcji, jej skutków, intencji, jaka za nią stoi. Dalej dzięki metodzie Modelowania Systemowego tworzy się pejzaż metaforyczny, w którym ujawniają się kolejne symbole, powstają między nimi relacje – co pogłębia samowiedzę. Co Clean Coaching robi inaczej? Podejścia do metafory w coachingu są bardzo różne. Niektórzy proponują klientom swoją metaforę – która ma go poprowadzić i wygenerować rozwiązanie. Inni podchwytują to, co przychodzi od klienta, szukają w tym informacji, proponują nowe perspektywy, pomagają eksplorować i nazywać nowe obszary odkrywanego świata wewnętrznego. Etyka Clean jest inna, gdyż zakłada całkowitą neutralność coacha wobec klienta, jego celów i wyjawianych metafor. Kiedy ten wybiera jedną z kart, nabiera ona wyjątkowego charakteru. O przedstawieniach mówi się wyłącznie słowami, których użył sam klient. Nie dodaje się żadnej treści, nawet gdy pada pytanie o nowy element – wskazuje się na niego palcem albo nazywa ogólnikowo „to”, dopóki właściciel metafory sam nie nada mu nazwy. Istotne jest też to, co dzieje się z samą kartą. Dla osoby, która z nią pracuje, nabiera ona szczególnego znaczenia. Ważne może być np. w jakim miejscu leży, w jaką stronę jest ułożona. Nawet, gdy wydaje się zostawiona, to też może być nieprzypadkowe. Okazując szacunek metaforze, a przez nią klientowi, coach nie ingeruje w kartę także fizycznie jeśli nie ma na to przyzwolenia. W ten sposób powstaje przestrzeń, w której dana osoba może autonomicznie i bez zewnętrznych zakłóceń poznawać swój wewnętrzny świat. Jeżeli interesuje Cię, jak można pracować rozwojowo przy pomocy kart oraz metafor, zapraszam na warsztat Klucz do Clean Coachingu: Podróż z Metaforą.
Offtopic: Wegańskie mięso, czyli walka o język z oksymoronem

Co jakiś czas powraca dyskusja, dlaczego zamienniki mięsnych potraw zachowują swoje „mięsne” nazwy – zamiast całkowicie odciąć się od przemysłu mięsnego. Chodzi o takie zjawiska, jak kotlety sojowe, flaki sojowe, seleryba, tofucznica. Dlaczego jest to problem i „badziągwo z tofu” lub „suchy blok białkowo-sojowy” mają być lepszymi opcjami kulinarnymi? Kto to mówi? Z mojego doświadczenia wynika, że to dotyczy dwóch grup. Przede wszystkim nie-wegetarianie/nie-weganie. To bardzo ciekawe, że aż taka grupa osób jedzących na co dzień mięso tak bardzo martwi się o kulturę wegetarian. Dlaczego? O tym za chwilę. Druga grupa to weganie, którzy po prostu odcinają się od całej kultury związanej z przetwarzaniem ciał zwierząt, nie tylko na jedzenie, ale także na ubranie, kosmetyki, środki czystości (tu: zarówno produkty odzwierzęce, jak i kwestia testów), przedmioty codziennego użytku. To gest ideowy, odcięcie się od cywilizacji opartej na przemocy – więc kwestia jest zrozumiała. Ale o co chodzi z osobami, które w kuchni wegetariańskiej są „gośćmi”, tudzież korzystają z bezmięsnych potraw jako przerywnika lub dodatku do mięsa? Według mnie odpowiedzi są dwie. Pierwsza to kwestia „wiedzy-władzy”, czyli ustalania pewnej hierarchii kulturowej i opozycji w oparciu o prawo do języka i w związku z tym posiadania racji. To w tym momencie pojawia się rozróżnienie na „naszą” i „ichnią” kuchnię, czego przejawem zresztą było to, że w pierwszym zdaniu napisałem o „gościach w kuchni wegetariańskiej”. Sugestia, żeby nie korzystać z pewnych pojęć oznacza: „nie zabierajcie naszych pojęć”, „nie mieszajcie się z nami”. To trochę rodzaj segregacji kulinarnej – postulowanej w dobrej wierze. Dla mnie efekt jest taki, że dziwnie się czuję, kiedy ktoś mi mówi, że źle używam jakiegoś słowa, jakby było ono „mniej moje”, a „bardziej jego” – bo nie chodzi tu wyłącznie o ustalanie definicji, z czym problemu nie ma, ale właśnie o element tożsamości, pod całą dyskusją jest napięcie personalne między jakimiś „nami” a „wami”. Druga kwestia łączy się z pierwszą, a chodzi o pewną postawę kolonialną – tym razem już nie na poziomie języka, ale praktyk. Osoby, którym nie będą pasowały „wegańskie flaki” z dużym prawdopodobieństwem traktują kuchnię bezmięsną jako kolonialny „Orient”, gdzie wyprawiają się po coś egzotycznego. Zatem przyjemniej jest zrobić eksperyment i zjeść coś o obco brzmiącej nazwie niż blade i gorzej doprawione odbicie tego, co i tak jada się na co dzień. Oczywiście to ironia, bo przyprawianie zależy od własnego smaku i użycia przypraw, a nie samej bazy potrawy. A co po stronie odbiorców? Tutaj warto zauważyć, że osoby niejedzące mięsa mają dokładnie odwrotną perspektywę. Z jednej strony dobrze mieć przestrzeń odkrywania i smakowych podróży. Z drugiej zaś gotowanie roślinne w kulinarnym świecie zdominowanym przez przemysł mięsny wymaga ciągłych poszukiwań i eksperymentów. Czasem dobrze mieć coś stałego, znajomego – bazę, z której wyrusza się na poszukiwania. Inną sprawą jest to, że odsetek osób z roślinną dietą od urodzenia jest minimalny. Większość to nadal osoby, które po latach spożywania produktów odzwierzęcych w pewnym momencie – a raczej stopniowo – zaczęły od nich odchodzić. Powody są różne: smak, uczulenia, moda, dieta lecznicza, ale jednak najważniejszym z nich będzie kwestia etyki. To, że ktoś nie chce krzywdy innych istot nie oznacza, że nie ma swoich ukochanych smaków z dzieciństwa związanych właśnie z mięsem. Dla jednych to będzie wigilijny karp, dla drugich rosół u babci w niedzielę. A może jajecznica na boczku w słoneczny poranek czy kabanosy na szkolnej wycieczce. Niektórym, pomimo wartości etycznych, na myśl o tym może cieknąć ślina. Tak jesteśmy zbudowani neurologicznie, że zapachy i smaki są mocno powiązane ze wspomnieniami. I to dlatego mamy tak sentymentalne podejście do jedzenia. Czy rezygnacja z jedzenia mięsa powinna zatem oznaczać odcięcie się od tego, co lubimy? Po co to „wegetariańskie mięso”? No dobrze, ale pomijając przepychanki „mych” i „onych” o słowa, po co w ogóle na półkach sklepowych takie oksymorony jak „warzywny tatar”? Najprostsza odpowiedź to: sprzedaż. Producent pomaga klientowi szybko podjąć decyzję o zamianie składników lub przygotowaniu ulubionej potrawy, co do tej pory mogło wydawać się niemożliwe. Niemniej wymiar zarobkowy jest wtórny do kwestii informacyjnej. „Flaki sojowe” to nie tylko sygnał, że jest to roślinny zamiennik jelit. To dość złożona informacja związana z licznymi skojarzeniami i praktykami. Mieszczą się w niej np. potrawa, jaką można z nich wykonać (pikantna z dużą ilością majeranku), kształt i konsystencja (więc będą pasować np. do… soja strogonoff), pora dnia jedzenia (raczej danie na obiad lub wczesną kolację), okazje (w niektórych domach kojarzony z pewnymi świętami, np. weselem czy Sylwestrem). Każdy tego typu zamiennik zawiera w sobie równie duży pakiet odniesień. To po prostu bardzo praktyczne i pomocne, w przeciwieństwie do „włóknistych pasków z białka sojowego”, co brzmi tak, że sam bym chciał nimi co najwyżej uszczelnić piwniczne okna. Kuchnia a… prawa autorskie? Nowoczesna kuchnia wegetariańska zmieniła trochę podejście do przepisów na potrawy jako takich. Te do tej pory traktowane były bardziej jako „dzieła” w rozumieniu ustawy o prawach autorskich: jako bardzo konkretna rzecz o ustalonej tożsamości. Z kolei gotowanie roślinne traktuje przepis na „zupę flaki” nie jako zestaw określonych produktów obrabianych w konkretnej sekwencji, ale jako pewien algorytm. Wiadomo, jaki ma być efekt (smak, konsystencja), ale sposób, w jaki zostanie osiągnięty to sprawa drugorzędna. To bardziej „zlecenie”, czyli staranne działanie w oparciu o własne zasoby. Jest zatem szansa, że ktoś traktujący przepis na coś jako konkret może być zaskoczony, że ktoś inny go sobie rekonfiguruje i bez mrugnięcia okiem określa tą samą etykietą. W Polsce zresztą „przepisy naszych babć” to sprawa i tak dużo mniej uświęcona niż na przykład we Włoszech. Z punktu widzenia języka, od którego zacząłem, to przejście z myślenia o znakach (słowo „kabanos” oznaczające „cienką kiełbasę wieprzową”) następuje w kierunku metafor („schabowy z boczniaka” to kotlet „taki jak schabowy, podobny w smaku i kształcie, ale różny pod innymi względami”). Na stronie Słownika Języka Polskiego PWN kwestię tę wyjaśniła Katarzyna Kłosińska z Uniwersytetu Warszawskiego: Taka zmiana hierarchii elementów znaczenia słowa, prowadząca do całkowitego zaniku podstawowego dawniej składnika, nie jest niczym dziwnym ani nowym. W jej wyniku powstały współczesne znaczenia rzeczowników wędlina (dawniej tylko: ‘wyrób z mięsa wędzonego’) czy (żeby przywołać inną dziedzinę) bielizna (początkowo: ‘biały element stroju’). Dziś jemy
Rozmowy o Clean Coachingu: Coaching a Clean Coaching

Poprzednia część wywiadu: Rozmowy o Clean Coachingu: Początki z Clean Julian Czurko: Czasami mówisz o znikającym, niewidzialnym coachu. Co to znaczy? Bogena Pieśkiewicz: To jest metaforyczne określenie postawy Clean Coacha, który dba o to, żeby proces się odbył – ten proces dochodzenia do własnego światła przez klienta – ale sam coach nie ma na niego bezpośredniego wpływu. Z czym mi się to kojarzy? Jak robisz przyjęcie, to dbasz o to, żeby były dobre warunki, żeby była ładna dekoracja, światło, dobra muzyka, dobre zakąski, żeby było coś do picia, żeby ludzie się dobrze bawili, żeby były niespodzianki. Ale potem to, jak się uda to święto, to już zależy od ludzi, którzy biorą w tym udział. A ten, który urządza to przyjęcie, w pewnym momencie znika, bo ważne jest przyjęcie urodzinowe, a nie to, kto je zorganizował. Co dla Ciebie jest sednem Clean? Coraz bardziej uważam, że to jest postawa. Że narzędzia, techniki są drugorzędne w stosunku do otwartości na drugą osobę czy osoby, jeżeli to jest grupa lub zespół. To przyjęcie, że one same wiedzą, czego potrzebują i same znajdą do tego drogę. Nienarzucanie niczego, ogromny szacunek do rozwoju każdego człowieka. To wiąże się również z wielką pokorą – dlatego, że jeżeli chce się Clean Coachem, to trzeba się pogodzić z tym, że nie dostanie się za to żadnej laurki. Bo dla klienta wnioski po praktyce bywają tak oczywiste, że potrafi powiedzieć: „Właściwie ja to wszystko już wiedziałem. Teraz wiem świadomie to już, ale wiedziałem to od zawsze!”. Czyli to jest wydobywanie na światło jakiejś ukrytej mądrości, ukrytej wiedzy. Niekiedy wręcz pojawia się pytanie: „Skoro to jest tak oczywiste, że czy w ogóle był do tego potrzebny coaching?” Kiedy znajduje się tą nową wiedzę i rozwiązania, to czym one się będą różnić w Clean w porównaniu z tradycyjnym coachingiem? Taką ogromną różnicą jest to, że czasami rozwiązanie jest różne od tego, czego oczekiwał klient i coach. Cel często się przewartościowuje, zmienia na coś innego, bo się okazuje, że klient wcale nie chce tego, co wcześniej myślał, że chce. Podam ci przykład z coachingu w przedsiębiorstwie, o którym wspominam także w mojej książce „Podręcznik Clean Coaching”. Pracowałam z młodą kobietą, która miała duży potencjał, żeby być bardzo dobrym handlowcem. Sprzedawała produkty finansowe, ale miała złe wyniki. W coachingu, który z nią prowadziłam jej celem było podniesienie notowań w roli handlowca. W wyniku coachingu ona zdała sobie sprawę, że u niej wewnątrz walczą dwie tendencje. Z jednej strony ma umiejętność bycia takim rekinem łasym na zdobycz, na pieniądze, ale z drugiej – jest jak gdyby siostrą miłosierdzia. I jak ma klienta, to ona raczej będzie mu doradzała, co jest dla niego dobre i starała się o niego zadbać. Czasami będzie nawet mu odradzać wybór produktu, sugerując, że to nie jest dobry pomysł, bo będzie miał kłopoty. Efektem coachingu było to, że klientka sobie uporządkowała swój konflikt wewnętrzny. Pogodziła się, że ma właśnie tę taką tendencję nastawioną na dobro ludzi i zmieniła pracę. Powróciła do swojego poprzedniego zawodu, w którym zajmowała się szukaniem mieszkań dla ludzi. No i tutaj mogła im rzeczywiście doradzić, dowiedzieć się, jakie są ich potrzeby i znaleźć taką ofertę, która by pasowała zarówno do ich potrzeb jak i ich środków finansowych. Pracodawca, który sponsorował ten coaching nie był jednak zadowolony, bo proces zakończył się tym, że klientka podjęła decyzję o zmianie pracy. Mówiąc sednie Clean, powiedziałaś, że to przede wszystkim postawa, a w mniejszym stopniu narzędzia. Jak wygląda ta postawa, która tworzy warunki do pojawienia się tak poważnych decyzji, jak zmiana pracy? Z postawą Clean Coacha związana jest etyka, która się opiera na czterech zasadach. Pierwsza to zaufanie do klienta, że jest sprawczy, że ma wszystkie zasoby, których potrzebuje do osiągnięcia tego, co chce. Że zna swoje tempo zmian, wie, kiedy są dla niego korzystne. To zaufanie się przekłada również na proces – że doprowadzi on klienta tam, gdzie ten potrzebuje dojść. Ta zasada jest tak istotna, gdyż w chwili niepewności coach może skorygować swoją postawę po prostu przypominając sobie „Mam zaufanie do klienta i do procesu”. Tylko i aż tyle. Drugą zasadą jest neutralność, czyli powstrzymanie się przed jakąkolwiek ingerencją w treści klienta, komentowaniem, czy sugerowaniem. Po prostu to, co i jak jest, jest dobrze. A to wiąże się z kolejną wartością, czyli akceptacją. Akceptacją tego, co jest, momentu życia, w którym znajduje się dana osoba, że to, co się pojawia na sesji jest OK. Jeżeli klient potrzebuje mówić o tym, że czuje się zupełnie wypalony, to potrzebne jest zaakceptowanie, że on rzeczywiście jest wypalony, że może potrzebuje trochę pobyć z tym wypaleniem, podzielić się nim. Znaleźć jego metaforę, żeby spojrzeć na problem z różnych punktów widzenia. A jak już będzie wiedział tyle, ile potrzebuje na temat swojego wypalenia, będzie mógł przejść dalej do tego, czego chce w tej sytuacji. To różni Clean Coaching od coachingu nastawionego na cele, że ta metoda przyzwala a to, żeby klient pracował nad stanem obecnym i sam decydował, w którym momencie przejdzie na następny etap. A dokona tego reagując na pytania, które zadaje mu towarzyszący temu i w pełni obecny coach. Ostatnią zasadą jest minimalizm. Dotyczy on operowania prostymi i oszczędnymi pytaniami Clean, które nie wnoszą żadnej dodatkowej treści do tego, co mówi klient. To także wycofanie się coacha, który daje maksimum przestrzeni dla autorefleksji klienta i nie zaburza procesu swoimi myślami ani temperamentem. Rozmowę z Bogeną Pieśkiewicz przeprowadziłem w Warszawie 2 grudnia 2016 roku. Tekst jest publikowany w częściach na moim blogu: Część 1: Początki z Clean Część 2: Coaching a Clean Coaching Część 3: Clean Space Bogena o sobie napisała: Jestem z wykształcenia językoznawcą, z zawodu coachem, z zamiłowania trenerem rozwoju ludzi i organizacji. Moim stylem życia jest nomadyzm: Paryż jest moją kotwicą, świat polem działania, Toskania przystanią. Prowadzę szkolenia dla Clean Coachów w języku francuskim (Francja, Belgia, Maroko, Kanada). Jestem autorką podręcznika „Manuel de Clean Coaching”. Jako polskojęzyczna trenerka Clean Coaching stałam się propagatorką tej metody w Polsce. [źródło]
Rozmowy o Clean Coachingu: Początki z Clean

Julian Czurko: Jak spotkałaś metodę Clean na swojej drodze? Bogena Pieśkiewicz: To było na mojej ścieżce NLP-owskiej. Byłam już wtedy trenerką NLP, bywałam u Jennifer de Gandt, która zapraszała różnych ciekawych ludzi. Zaprosiła między innymi Penny Tompkins i Jamesa Lawleya na warsztat o metaforze. Nie bardzo wiedziałam, na czym to polega, więc po prostu wzięłam i zaczęłam doświadczać na sobie magii pracy z metaforą. Jakoś mnie to chwyciło i potem brałam udział w pozostałych warsztatach. To była pierwsza grupa, która utworzyła się we Francji i w ten sposób nauczyłam się Clean Language. Pracowaliśmy wtedy metodą prób i poprawek. Jennifer zorganizowała grupy praktykujące w Paryżu, szkolenia miały miejsce w La Bouvetière w Normandii i tam do dzisiaj odbywają się spotkania Summer University. Wspominam to z rozbawieniem, bo wtedy żeśmy się uczyli bardzo eksperymentalnie, próbowaliśmy tych pytań, jak to działa. Pytania Clean wydawały się bardzo proste, ale wcale takie nie były. W dosyć krótkim czasie – bo w ciągu roku – dogoniliśmy grupę angielską. Udało się to dzięki praktykowaniu, dzięki regularnym spotkaniom, na których pracowaliśmy między sobą i nad sobą. Ubieraliśmy nasze problemy w metafory, które rozwijaliśmy dzięki pytaniom. Na nasze spotkania regularnie przyjeżdżali również studenci z Anglii, z Holandii, a nawet Belgii. Kiedy grupa uczy się od początku do końca gotowej metody, to jej sytuacja jest zupełnie inna od Waszej. Dostawaliście tylko elementy, z których potem próbowała na własną rękę tworzyliście całość, szukaliście swoich rozwiązań. Jak to doświadczenie wpłynęło na Wasz zespół? B.P.: No, mieliśmy świadomość, że trudno jest nauczyć się inaczej niż przez doświadczenie na sobie i przez prowadzenie drugiej osoby. To była praktyka jak we wschodnich praktykach – aikido, Tai Chi Chuan czy Qigong – nabywasz umiejętności przez praktykowanie. I mniej więcej tak żeśmy do tego podchodzili. Czym to podejście różniło się od tego, co robiłaś wcześniej? Co mnie tak ujęło w podejściu Clean, to właśnie poszukiwanie drogi, żeby dotrzeć do własnej prawdy. „Własnej”, czyli „mojej”, kiedy byłam klientem – i „własnej” drugiej osoby, jeśli byłam jej facylitatorem. To takie pogodzenie się, że każdy ma swoją prawdę, którą sam spotyka w swoim świecie, i że drogą do niej jest właśnie metafora. Ujęła mnie również postawa praktyka Clean, że jest taka nieingerująca. Bo z mojego doświadczenia z NLP i z terapii – którą się również zajmowałam – wynikało, że jeżeli zrozumiem, jaki jest problem klienta, to będę potrafiła mu zaproponować coś takiego, co pomoże mu uzyskać to, czego chce. A w Clean tego nie ma, bo tu facylitator wie, że nie ma nic do zaproponowania. Jest tylko po to, żeby zadbać o proces poszukiwania własnej prawdy, aby przebiegał w tempie klienta, w optymalnych warunkach. Taka właśnie nieingerencja mi się podobała. Rozmowę z Bogeną Pieśkiewicz przeprowadziłem w Warszawie 2 grudnia 2016 roku. Tekst jest publikowany w częściach na moim blogu: Część 1: Początki z Clean Część 2: Coaching a Clean Coaching Część 3: Clean Space Bogena o sobie napisała: Jestem z wykształcenia językoznawcą, z zawodu coachem, z zamiłowania trenerem rozwoju ludzi i organizacji. Moim stylem życia jest nomadyzm: Paryż jest moją kotwicą, świat polem działania, Toskania przystanią. Prowadzę szkolenia dla Clean Coachów w języku francuskim (Francja, Belgia, Maroko, Kanada). Jestem autorką podręcznika „Manuel de Clean Coaching”. Jako polskojęzyczna trenerka Clean Coaching stałam się propagatorką tej metody w Polsce. [źródło]
Rozmowy o Clean Coachingu: Clean Space

Julian Czurko: W tradycyjnym coachingu trudne sytuacje, emocje czy opór są czymś, co trzeba przezwyciężyć. To przeszkody, które należy usunąć albo znaleźć sposób na ich obejście. Gdy myślę o podejściu Clean Coaching, takie zjawiska nie są problemami, tylko pewnym zasobem, na którym się pracuje. Bogena Pieśkiewicz: Tak, to jest po prostu dla klienta informacja, że może powinien zadbać o siebie, albo że jest w jego własnym systemie lub wokół coś, co się zakończyło, od czego może trzeba przejść do kolejnego etapu. Przykładowo jedna z uczestniczek superwizji opowiadała, że była pod wielkim wrażeniem coachingu, w którym zastosowała Clean Space. Jest to technika, w której elementy danej sytuacji układa się w przestrzeni i patrzy na nią z różnych punktów widzenia. To powoduje pewne przewartościowanie, jak również pojawiają się nowe informacje. Klient tej kobiety doświadczał silnego wypalenia zawodowego. Kiedy podjęła się tego coachingu, uprzedziła, że nie jest pewna, czy osiągnie jakiekolwiek rezultaty, czy go z tego wyprowadzi. Na zakończenie tej sesji klient był zadowolony z wyniku, ale powiedział, że on właściwie nie wie, co się zdarzyło. Dwa spotkania później powiedział jej: „Słuchaj, ja w dalszym ciągu nie wiem, co się zdarzyło na sesji z Clean Space, ale coś się zmieniło. Od tego czasu zacząłem inaczej patrzeć na moją sytuację zawodową, zacząłem robić plany na przyszłość, patrzeć, co mam zmienić. Tak, jakbym się oderwał od myślenia o problemie i zauważył, że to może okazja, żeby zrobić coś inaczej”. Czyli nie próbował wyjść ze stanu wypalenia, tylko z niego skorzystał? Tak, bo Clean pozwala na moment zatrzymać sytuację, zrobić taką stop klatkę. Pokazuje, że sytuacja obecna wygląda tak i tak. Bez osądzania jej, bez intencji zmiany. Po prostu jest tak, jak jest. Dzięki temu można dać sobie czas, żeby spojrzeć na to bez oczekiwań. To może wygląda trochę futurystycznie, ale trzeba dać czas, żeby pojawiła się nowa informacja. Wydaje mi się, że przy normalnym tempie, w którym żyjemy, rzadko dajemy sobie czas, żeby się tak po postu zatrzymać i powiedzieć: „No, co tu jest? Co się wydarza?”. Żeby „zatrzymać” czas. A w tym zatrzymaniu dopiero istnieje możliwość, żeby zapytać się siebie: „No i co bym chciała, i co bym chciał, żeby się teraz zdarzyło?”. Z tego, co mówisz, wnioskuję, że przyjęcie przez coacha neutralnej i akceptującej postawy Clean sprawia, że przenika ona na klienta. A on zaczyna akceptować stan obecny, to, co pojawia się podczas sesji. Sam przestaje osądzać i staje się po części obserwatorem tego, co te milczące dotąd części umysłu mu właśnie wyjawiają. To mi się wydaje bardzo istotne, bo sama byłam kiedyś na terapii jungowskiej, podczas której mi się wydawało, że właściwie nie ma powodu, żebym była nieszczęśliwa. Miałam wszystko, co trzeba w życiu, byłam młoda, miałam męża, zawód i dobrą sytuację finansową. Olbrzymią dla mnie pomocą było to, że moja terapeutka po prostu miała dla mnie czas i mnie nie osądzała. Mogłam się wtedy pożalić, choć coś tak kłóciło się we mnie: „No spójrz, inni są o wiele bardziej nieszczęśliwi”. Podobnie Clean daje prawo do tego, żeby czuć to, co się czuje – czy się jest zadowolonym, czy niezadowolonym, czy czegoś brak, czy czegoś ma się za dużo. I tak jest, bez osądzania, bez skalowania, bez wartościowania. To mi się wydaje bardzo cenne. Rozmowę z Bogeną Pieśkiewicz przeprowadziłem w Warszawie 2 grudnia 2016 roku. Tekst jest publikowany w częściach na moim blogu: Część 1: Początki z Clean Część 2: Coaching a Clean Coaching Część 3: Clean Space Bogena o sobie napisała: Jestem z wykształcenia językoznawcą, z zawodu coachem, z zamiłowania trenerem rozwoju ludzi i organizacji. Moim stylem życia jest nomadyzm: Paryż jest moją kotwicą, świat polem działania, Toskania przystanią. Prowadzę szkolenia dla Clean Coachów w języku francuskim (Francja, Belgia, Maroko, Kanada). Jestem autorką podręcznika „Manuel de Clean Coaching”. Jako polskojęzyczna trenerka Clean Coaching stałam się propagatorką tej metody w Polsce. [źródło]
Coachingowe urodziny

Dzisiaj mija rok mojej przygody z coachingiem. Dokładnie 7 lipca 2014 roku, w równie słoneczny dzień, pojawiłem się w warszawskiej siedzibie Coaching Center. Zacząłem wtedy szkolenie o pracy metodą CoachWise™ z pytaniem: czy to w ogóle jest dla mnie? Już po kilku minutach szkolenia z Joanną Baranowską miałem jasną odpowiedź. Od tamtej pory wiele się wydarzyło. Przede wszystkim postanowiłem kontynuować naukę, bo trudno nazwać się „coachem” po pojedynczym kursie. Podczas spotkania Klubu Coacha w Łodzi spotkałem Agnieszkę Grys z JAK – Marketing Dialog, co otworzyło nową perspektywę szlifowania swoich umiejętności. Agnieszka chętnie dzieli się swoimi doświadczeniami i know-how, więc każde spotkanie z nią było dużym krokiem naprzód. Agnieszka zachęciła mnie także do uczestnictwa w spotkaniach Coaching Cafe w Łodzi, które organizuje regularne, comiesięczne (przynajmniej) spotkania. Chwilę później zawiązała się świetna, otwarta grupa superwizyjna, a teraz przymierzam się do mentoringu – pod kątem certyfikacji w ICF. Równolegle pojawiła się druga ścieżka moich coachingowych zainteresowań, czyli metoda Clean Coaching, którą w Polsce promuje Bogena Pieśkiewicz. Przywiozła ją z Francji, gdzie uczyła się u jej twórcy, Davida Grove’a. Dzięki Bożenie poznałem siłę pracy z metaforą i szereg metod jej wykorzystywania. Po zakończeniu cyklu nauki Facylitatora Clean planuję dalej szlifować umiejętności. Z okazji „coachingowych urodzin” zrobiłem małe podsumowanie tego, co się zadziało przez tych 12 miesięcy. Dziękuję wszystkim, którzy mnie w tym wspierali, zarówno nauczycielkom, współ-uczestnikom coachingowych spotkań, jak i osobom, z którymi pracuję i które staram się wspierać w procesach zmian. Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Julian Czurko (@julianczurko) 7 Lip, 2015 o 6:29 PDT
Zarządzanie czasem mierzonym w… pomidorach?!

Chcę się z Wami podzielić bardzo prostym narzędziem do organizowania swojego czasu i unikania rozpraszania się. To technika zwana „pomodoro”, która swoją humorystyczną nazwę wzięła od kuchennego minutnika w kształcie pomidora. Spotkałem się z nią dwa lata temu, ale dopiero niedawno skusiłem się, żeby ją wypróbować. Technika polega na systematycznym organizowaniu swojej ramach prostych jednostek czasu zwane „pomodoro”, które składają się z 25 minut intensywnej pracy, po których obowiązkowo robi się 5 minut przerwy. Po 4 rundach jedna przerwa jest dłuższa: 15-20 minut. Brzmi banalnie, nieprawdaż? A jednak działa, co sprawdziłem na własnej skórze. „Pomodoro” ma przede wszystkim wyeliminować prokrastynację, czyli odwlekanie wykonania jakiegoś dużego zadania poprzez rozdrabnianie się na różne mniejsze czynności: notoryczne sprawdzanie skrzynki e-mail, granie w mini gry, używanie aplikacji, chatowanie… Brzmi znajomo? Jak to zadziałało? Kiedy po raz pierwszy sięgnąłem po „pomodoro”, od razu wyłączyłem swoją prokrastynację. Całkowicie. Część umysłu, która lubiła się rozpraszać na różne bodźce była zajęta pilnowaniem czasu i sprawdzaniem, czy dobrze wypełniam swoje zadanie. Dostała do zabawy interesujące narzędzie, które potraktowała jako wyzwanie. Była świadomie zaangażowana i miała frajdę, nie potrzebowała bombardować się zmysłowymi. Co mnie zaskoczyło? Oprócz całkowitego braku prokrastynacji – 5 minut przerwy. Okazało się, że nie spędzam ich na rozrywce w poczuciu marnowanego czasu i poczucia winy. Takie rozpraszanie się nie jest wypoczynkiem. A te 5 minut było prawdziwym czasem dla mnie, za każdym razem musiałem siebie zapytać, jak JA chcę je spędzić – a nie, w co mnie wepchnie stres i niechęć przed realizowaniem zadań. 5 minut to mało czasu, dzięki czemu trzeba je zagospodarować czymś bardzo konkretnym. A więc odsiać to, co nie jest mi potrzebne i wybrać to, czego w danym momencie chcę najbardziej. Z drugiej strony to dużo czasu, w trakcie każdej z przerw udawało mi się zrobić 2-3 rzeczy. Wreszcie miałem czas na drobiazgi, które normalnie by mnie irytowały i dawały poczucie rozpraszania się – zrobienie napoju imbirowego, zmycie naczyń czy… banalne wyczyszczenie klamek, które w innym wypadku bym zignorował. 25 minut okazało się bardzo małą ilością czasu, która szybko mijała, podczas wykonywania większego zadania przerwy wydają się dość częste. To dla mnie sygnał, że w innym przypadku miałbym skłonność do długiego siedzenia – nawet w skupieniu, ale zupełnie ignorując kwestię regularnego odpoczynku. Dzięki przerwom zadbałem o higienę psychiczną, i fizyczną pracy (np. poprzez drobne ćwiczenia). Nie czułem się dzięki temu przeciążony, za to miałem poczucie, że się o siebie troszczę. Co mi pomogło? Wspierało mnie przede wszystkim poczucie, że to łatwe w obsłudze narzędzie, którego zaskakująca prostota sama w sobie stanowiła dla mnie inspirujący bodziec do własnej kreatywności. Do tego autorzy proponują wzbogacenie go o dalszą pracę nad zarządzaniem swoim czasem i celami. Sprawia to, że pomimo prostoty jest tu pierwiastek dalszego rozwoju i ambitnego podejścia do sprawy. Dodatkowo jest możliwość pobrania darmowych aplikacji, które pomagają w odliczaniu „pomodoro”. Dzięki temu samo stosowanie techniki nie wymagało ode mnie dodatkowej uwagi i rozpraszania się. Na co zwrócić uwagę? Żeby „pomodoro” zadziałało potrzebna jest konsekwencja w stosowaniu go oraz zwrócenie uwagi na kontekst pracy. Jeżeli w trakcie pracy istnieją niezależne rozpraszacze – np. konieczność prowadzenia rozmów telefonicznych czy inne osoby w biurze – to należy albo je wyeliminować/ograniczyć, albo przemyśleć, czy „pomodoro” będzie w takich okolicznościach adekwatnym narzędziem. Bez regularności narzędzie nie będzie działać, a wręcz może się stać kolejnym rozpraszającym bodźcem. Żeby optymalizować swoją pracę, mając pewne doświadczenie w posługiwaniu się narzędziem można przeliczać swoje zadania na jednostki „pomodoro” i ustawiać ich kolejność zgodnie z tym schematem pracy. Co dalej? Jestem ciekaw, jak technika „pomodoro” działałaby w trakcie warsztatów. Zastanawiam się, na ile robienie sobie tak regularnych przerw bez względu na okoliczności stworzyłoby rytm rozluźniania myślenia, pozwalającego na jeszcze większy wysiłek później, a na ile rozbijałoby spontanicznie toczący się proces. Myślę, że przerwy pozwoliłyby uporządkować drobne zdarzenia, które i tak mają miejsce: wstawanie po kawę czy przesiadanie się. Do tego podczas warsztatów byłaby to szansa na wprowadzenie porządku w twórczym chaosie, czyli pozbycia się elementów przeszkadzających w pracy, jak puste kubki czy porozkładane notatki. Aktualizacja: co się stało po trzech latach? Bardzo lubię wracać do tego wpisu, bo przypomina mi moją drogę w ogarnianiu swojego zarządzania czasem. Pomodoro było dla mnie ważnym etapem, choć niedługo po publikacji artykułu przestałem go stosować! Ale tylko technikę, bo zachowałem praktykę wytrenowaną podczas stosowania aplikacji: dbanie o sesje pracy oraz o przerwy między nimi. Nadszedł jednak czas, żeby wrócić do Pomodoro, gdyż ponownie potrzebuję popracować nad swoim skupieniem i prokrastynacją. Teraz robię dodatkowy krok dzięki nowej aplikacji Tide: nie tylko pomaga mi organizować pracę w małych porcjach, ale dodatkowo zapewnia w tym czasie relaksującą muzykę do pracy (spokojne utwory, odgłosy natury, odgłosy rozmów z kawiarni). Dzięki temu unikam YouTube, który prócz muzyki do pracy zawiera tysiące rozpraszaczy. Dodatkową zaletą Tide jest to, że jest… ładny. A estetyka powoduje, że bardziej się w coś angażuję. Już mam tego efekty, więc polecam! Linki: Oficjalna strona techniki „pomodoro”.
